Rynek rekrutacyjny od kilku lat przechodzi dynamiczną transformację. Nie chodzi o to, że pojawił się „nowy typ kandydata” — headhunting istniał zawsze. Zmieniła się jednak skala i intensywność działań, a przede wszystkim konkurencja między rekruterami o uwagę tych samych osób. Oferty są bardziej wyspecjalizowane, a co za tym idzie niektóre osoby nie mogą opędzić się od nachalnych headhunterów, a inne wiele miesięcy poszukują pracy.
Rosnąca liczba firm korzysta z usług agencji rekrutacyjnych czy też rekruterów na umowie B2B, a model success fee sprawia, że szczególnie atrakcyjne profile są… wręcz rozchwytywane. Kandydaci, którzy jeszcze kilka lat temu dostawali sporadyczne zaproszenia do rozmowy, dziś potrafią odbierać po kilkanaście wiadomości tygodniowo.
W takim środowisku znalezienie odpowiedniej osoby to tylko połowa sukcesu. Druga — o wiele trudniejsza — to zdobycie jej uwagi i przekonanie, że warto choć przez chwilę oderwać się od bieżących projektów.
Nie ma w tym nic dziwnego, że większość rekruterów zaczyna poszukiwania właśnie tam. LinkedIn pozwala szybko dotrzeć do specjalistów o konkretnym profilu i skontaktować się z nimi przez InMail lub zaproszenie do sieci. W teorii wszystko brzmi świetnie — algorytmy pomagają, filtry działają, a dostęp do informacji jest niemal natychmiastowy.
Problem pojawia się później — gdy kandydat faktycznie otwiera wiadomość. A właściwie: jeśli ją otwiera.
W świecie, w którym skrzynki odbiorcze przepełnione są reklamami, ofertami i natarczywymi pitchami, nawet najlepiej dopasowana propozycja może zostać potraktowana jak spam. Zwłaszcza gdy brzmi jak wyciągnięta z szablonu: „Hej [Imię], widzę, że masz świetne doświadczenie w [dziedzina]. Mam dla Ciebie ekscytującą okazję…”
Dlatego warto zadać sobie pytanie: co tak naprawdę jest celem naszej wiadomości? Czy wysłanie jej do jak największej liczby osób? Czy może nawiązanie prawdziwego kontaktu z kimś, kto — gdy tylko zrozumie sens rozmowy — będzie chciał ją kontynuować?
Masowe, jednolite komunikaty to prosta droga do zniechęcenia potencjalnych kandydatów — również tych, z którymi będziemy chcieli porozmawiać w przyszłości. Bo skrzynka ma pamięć. I kandydat też.
Zainteresowanie to dopiero pierwszy krok. Kolejnym jest rozmowa, czyli moment, w którym widać różnicę między rekruterem a telemarketerem.
W rekrutacji nie chodzi o nachalne przekonywanie, naginanie prawdy czy budowanie sztucznej presji. To nie ma sensu — bo gdy pierwsza ekscytacja minie, kandydat szybko zauważy, że coś się nie zgadza. Efekt? Rezygnacja z procesu, często tuż przed finalną decyzją. Albo gorzej: przyjęcie oferty i odejście po trzech miesiącach.
Dlatego warto dać kandydatowi przestrzeń i czas na zastanowienie. Nie oznacza to bierności — oznacza szacunek dla jego sytuacji i tempa decyzyjnego. Prawdziwa motywacja musi przyjść z jego strony, nie z naszej. Możemy ją wspierać, dostarczać argumentów, odpowiadać na wątpliwości — ale nie możemy jej wymusić.
Kandydat pasywny to często ktoś, kto ma dobrą pracę, lojalny zespół i stabilną sytuację. Zmiana to dla niego ryzyko. I jeśli ma poczucie, że ktoś próbuje mu „sprzedać” ofertę, a nie szczerze doradzić — po prostu się wycofa.
Kandydat pasywny nie przyszedł do nas z CV w ręku. To my przyszliśmy do niego — dlatego oczekuje konkretów. I ma do tego pełne prawo.
Niejasny zakres obowiązków, nieprecyzyjna rola zespołu czy przełożonego, mglisty opis kultury organizacyjnej — to wszystko może zniechęcić jeszcze zanim pojawi się jakiekolwiek „tak, to brzmi ciekawie”.
Im bardziej szczegółowa jest wiedza rekrutera o stanowisku, tym większa szansa, że kandydat zdecyduje się wejść w proces. I co więcej — przejdzie go z prawdziwą motywacją, a nie tylko z ciekawości lub z myślą „no zobaczę, co mi zaproponują”.
Transparentność to także odwaga, by powiedzieć: „to nie jest oferta dla Ciebie”, jeśli rzeczywiście tak jest. To oszczędza czas obu stronom i buduje reputację rekrutera jako partnera, a nie kogoś, kto „wciska” każdą dostępną pozycję.
W świecie, w którym specjaliści są rozchwytywani, a skrzynki odbiorcze pękają w szwach, skuteczność w pracy z kandydatami pasywnymi nie polega na tym, by starać się ich przekonać na siłę. Polega na umiejętności słuchania, indywidualnym podejściu, szczerości, wyczuciu momentu i dawaniu kandydatowi przestrzeni na decyzję.
Bo dziś nie wygrywa ten, kto wyśle najwięcej wiadomości. Wygrywa ten, kto potrafi zaciekawić, zrozumieć i zbudować zaufanie — czasem w ramach jednej rozmowy, a czasem przez miesiące subtelnej obecności i wartościowego kontaktu.
Headhunting przestał być grą liczb. Stał się sztuką budowania relacji z ludźmi, którzy nie potrzebują nowej pracy — ale mogą być otwarci na lepszą przyszłość. Pod warunkiem, że ktoś potrafi im ją przekonująco i uczciwie przedstawić.
We are among the first recruitment agencies and personnel consulting companies in Poland. Since 1991 we have provided recruitment and consulting services to key players operating on the market in Poland.
Jesteśmy jedną z pierwszych agencji rekrutacyjnych i firm doradztwa personalnego w Polsce. Od 1991 roku wspieramy działania HR z zakresu rekrutacji i konsultingu wśród czołowych firm prowadzących działalność na polskim rynku.
Comments are closed.